Wystarczy pierwszy powiew wiosennego powietrza (w zasadzie, w Krakowie mieszkając, wystarczy powiew jakkolwiek świeżego powietrza), żeby obudzić we mnie wielkie pragnienie ZMIANY. Takiej prawdziwej, nieledwie epickiej zmiany, która coś przeformatuje na stałe i nic już nie będzie takie jak dawniej. Przeważnie kończyło się na porządkach w losowo wybranym schowku na bałagan, ale w tym roku jest inaczej. W tym roku zabrałam się za wielkiego potwora z głębin i postanowiłam ogarnąć szafę.

137H

A ponieważ miało być wiosennie, fundamentalnie i z przytupem, nie można było po prostu usunąć z pola widzenia nieparzystych skarpetek i wyświechtanych podkoszulków po czym policzyć czego brakuje. O, nie.

Tegoroczne Wielkie Wiosenne Sprzątanie miało być ostatnim krokiem na ścieżce do ustalenia, co powinno się w tej szafie znajdować. Innymi słowy, tej wiosny postanowiłam wreszcie raz a dobrze określić swój styl i uwolnić się od przypadkowych zakupów prowadzących do frustracji przy ustalaniu co właściwie do czego pasuje.

Zaczęłam, jak na aspirującą damę przystało, od doboru lektury. Istnieje bowiem ta jedna, jedyna książka, która w takich sytuacjach zadziała (nawet na tak trudne przypadki, jak moja osobista szafa). „Warsztaty stylu” Marii Młyńskiej (z bloga „Ubieraj się klasycznie„) dostarcza bardziej niż mnóstwo materiału do przemyśleń. Czytałam, notowałam, myślałam, wracałam do tego co już przeczytałam… I już po miesiącu od rozpoczęcia lektury, zapisawszy przemyśleniami pół notesu, stanęłam przed szafą.

Czy warto było poświęcić ten miesiąc? Zdecydowanie tak. Nie dokonałam co prawda żadnej rewolucji (okazało się, choć wcale się tego nie spodziewałam, że pod cienką warstwą podkoszulków ze śmiesznymi napisami, moja szafa jest całkiem spójna, zarówno ze sobą jak i z moim pomysłem na to, co powinno w niej być) – ale wyostrzyłam to, co chciałabym zachować i podkreślić.

Co chciałam osiągnąć? Przenieść swoje myślenie o ubraniu (nad którym do tej pory nie zastanawiałam się zbyt wiele) na poziom, na którym służy mi ono za narzędzie. W myśleniu o modzie widzę dwie pułapki: można albo skupiać się na niej za bardzo, stale biegnąc za tym co modne i popularne albo lekceważyć znaczenie jakie ma to w jaki sposób się ubieramy.

Trzecia droga, której ma służyć moja mała rewolucja, to oderwanie od skupienia na rzeczach. Ubranie ma w końcu służyć kilku prostym funkcjom: komfortowi (głównie termicznemu) noszącego, zakryciu tych części ciała, które powinny być zakryte (tu decyduje noszący i jego otoczenie) i zamanifestowaniu jego szacunku wobec siebie i otoczenia. Z co najmniej dwóch z tych funkcji wynika, że ma sens inwestowanie w ubrania dobrej jakości (dobra jakość materiału zapewnia komfort i długo dobry wygląd, odpowiedni krój służy sylwetce.. i tak dalej). A inwestycja ma sens wtedy, kiedy można rozsądnie oczekiwać, że dany kawałek odzieży nie znudzi się noszącemu po sezonie tylko posłuży znacznie, znacznie dłużej.

Wiecie, tak jak buty, które co prawda na początek trzeba wyhaczyć na wyprzedaży, żeby móc znieść ich cenę, ale przy dobrej pielęgnacji nie wymagają niczego (poza okazjonalnym zelowaniem) przez następnych 15 lat. Miałam takie..

Ustaliwszy styl, który (jak się okazało) wyraża moja szafa, mogę oderwać się od zastanawiania nad ubiorem na codzień, w optymistycznym przekonaniu, że dam radę niewielkim wysiłkiem z jej zawartości złożyć coś sensownego. A odzyskany czas na pewno uda się zagospodarować 😉

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...