photo-1423483641154-5411ec9c0ddfOd dawna marzył mi się mini cykl od dużych słowach. Takich niewygodnych słowach, z którymi nie bardzo wiadomo co zrobić i jak ich używać w zdaniach. Pisanych, albo, co gorsza, mówionych. Duże słowa mają do to siebie, że ciężko jest nimi opisywać małe sytuacje, codzienne zdarzenia.
Niejasno?
 Wyobraźmy sobie słowo „heroizm”. Świetnie pasuje do wynoszenia rannych spod ostrzału albo składania życia w ofierze na arenie pełnej lwów. Zestawione z piątym tej nocy zmienianiem pieluszki – brzmi nie na miejscu, zbyt patetycznie. Jakby opisywanie codziennych wyborów i czynów dużymi słowami, coś tym słowom odbierało.
Mało kto z nas, mam nadzieję, ma „szansę” na arenę lub biegi pod ostrzałem. Na codzienność – każdy. W tym wpisie chciałabym się zmierzyć ze słowem, którego prawie nigdy nie używamy inaczej niż w tonie pretensji.
WDZIĘCZNOŚĆ
Wdzięczność z trudem daje się umieścić w zdaniu.Potrafimy powiedzieć  „jestem wdzięczna” w okolicznościach niezwykłych, ale za co można być wdzięcznym w deszczowy poniedziałkowy poranek albo wietrzne piątkowe popołudnie?
Możemy spróbować zacząć od rzeczy podstawowych. Jestem wdzięczna za to, że jestem tu i teraz, bo z tysiąca różnych powodów mogłoby mnie nie być – sto metrów wcześniej, Anuszka mogła rozlać olej, czyż nie?
Jestem wdzięczna za to, że obudziłam się rano w ciepłym domu, w najlepszym na świecie towarzystwie, a obudziło mnie wesołe i świergotliwe „Mamusiu, wstań! No wstań, ja już nie śpię!”. Ani tego wesołego świergotliwego głosiku ani najlepszego na świecie towarzystwa mogłoby przecież nie być, z tysiąca różnych powodów.
Jestem wdzięczna za poranną kawę, która na mnie czeka w kuchni, za całusa do kawy i za to, że ktoś wieczorem położył moje rękawiczki na kaloryferze, więc teraz zakładam je cudownie ciepłe. Za wygodne miejsce parkingowe, które ktoś tuż przede mną zwolnił, więc do pracy mam blisko i za skład zestawu lunchowego (zupa dyniowa!).
W grudniu, jestem wdzięczna za wspólny czas z moim Synem na roratach (migotliwy blask lampionów przed świtem, w ciemnym kościele – czy tylko mnie wzruszenie ściska za gardło?). Za wspólne pieczenie pierniczków i wspólne szorowanie kuchni po zakończonej pracy. Za skupione twarze dzieci, kiedy w wieczornym rytuale wspólnie rozsupłują  woreczek z kalendarza adwentowego i z przejęciem sylabizują opis kolejnego zadania. Za czas wieczornego czytania bajek i za ciszę wieczorów kiedy już zasną. Za to, że znów się obudzimy rano, też jestem bardzo wdzięczna 🙂
Pamiętacie Pollyannę? To taka bohaterka powieści dla panienek z dawnych czasów sprzed Baśnioboru i Pottera, córka biednego pastora, która wymyśliła „grę w zadowolenie” – w każdej okoliczności życiowej szukała powodu do zadowolenia i wdzięczności. Warto ją sobie odświeżyć.
Można też sięgnąć po dowolną książkę Nicka Vujcicia – mówcę motywacyjnego, który urodził się bez obu rąk i nóg. Dziś jest szczęśliwym mężem i ojcem, a jego książki (w tym najpopularniejsza „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń”) są tłumaczone na wiele języków i czytane na całym świecie. Vujcic zachęca do budowania swojej postawy wobec świata na wdzięczności za to co się ma, zamiast pretensji o to, czego brakuje.
Zachęcam Was bardzo do wypróbowania porannej godziny dla wdzięczności – zastanowienia się, od przebudzenia, nad każdą rzeczą, za którą jesteśmy wdzięczni.
Za co Wy jesteście wdzięczni? Dzisiaj, teraz, w to grudniowe popołudnie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...