Trwa kolejny Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa. Poczynając od 7 lutego, przez kolejne 7 dni na wielu zacnych blogach pojawiać się będą wpisy oscylujące wokół tegorocznego hasła Tygodnia Małżeństwa: „Małżeństwo jest drogą” – dzisiejszy dzień blogerzy i vlogerzy poświęcają miesiącowi miodowemu.

900x900a

Długo się zastanawiałam, czy nie ominąć tego wpisu (chociaż przepadł już wczorajszy temat – zapisany niedokończony szkic o sprytnym zarządzaniu zabawami weselnymi doczeka się, mam nadzieję, wykorzystania w niedalekiej przyszłości) – bo co w zasadzie można powiedzieć o miesiącach miodowych z perspektywy „damowej”? Że są fajne? Że dobrze jest wyjechać razem? Żeby być miłą dla męża?

Miesiąc miodowy chyba nigdy nie by w Polsce takim „must have” jak np. w Stanach. Nie było nigdy społecznego parcia na egzotyczne podróże tuż po ślubie, a wspólny wyjazd mógł być całkiem zwyczajny (albo się w ogóle nie wydarzyć). Teraz trochę się zmieniło, w końcu gdzieś trzeba zrobić te zakochane selfie 😉 Ale czy dla selfie, nawet napradę dobrego, jest sens ruszać w podróż? Podróż, każda, powinna nas jakoś zmienić, inaczej nie byłoby sensu ruszać za drzwi.

I tu olśnienie zstępuje na klawiaturę – podróż poślubna jest po to, żeby dać nam ten tydzień-dwa czasoprzestrzeni na przekształcenie się z zakochanej pary w drużynę. W zespół. W to „jedno ciało”, działające razem. Tego się nie da tak do końca zrobić tak szybko, ale można w cieplarnianych warunkach wyjazdowych zacząć kłaść podwaliny.

Swoją podróż poślubną spędziłam w Bieszczadach, w myśl głębokiego pragnienia większości korposzczurów, żeby rzucić wszystko i tam właśnie uciec. W prawdziwych Bieszczadach, które moim zdaniem zaczynają się za tabliczkami „Uwaga brak zasięgu sieci komórkowych”, w okolicach znaków „Uwaga niedźwiedź” i co najmniej godzinę piechotą od przystanku PKS. W miejscach, gdzie przez cały dzień spotykaliśmy może ze trzy osoby. W pensjonacie, w którym pani gospodyni wyrażała miłość do gości przez karmienie (było gdzie spalać).

Nie mamy z tej podróży wiele zdjęć, a wspólne tylko jedno, na którym tak wiało, że oboje mamy zmrużone oczy i niesamowicie dziwne miny. Mamy za to wspomnienie kilku godzin rozmawiania dziennie. Łażenia i rozmawiania (chyba, że tak wiało, że się nie dało rozmawiać, albo było tak wąsko, że trzeba było iść gęsiego), trzymania się całymi dniami za ręce i łażenia jeszcze trochę. Opatrywania bąbli na nogach (trzeba być bardzo sprytną, żeby zabrać w góry nowe buty..) i energicznego poklepywania komarów po pleckach. I gadania dalej.

Skłonność do gadania nam została 😉

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...